środa, 19 czerwca 2013

Koniec roku szkolnego.

Z moich wspomnień wczesnoszkolnych ( tak do końca podstawowki) koniec roku kojarzy się z wyjazdami do lasu na jagody i grzyby.
Rok szkolny zawsze kończył się 24 czerwca. A już następnego dnia mama pakowala jedzenie, kosze, ubrania na przebranie i kalosze i do Naterek. Potem Było Unieszewo a jeszcze później Biesal.
Te lasy znam dobrze. Fakt, ze od tego czasu, drzewa urosly i drózki też się pozmienialy .
Jagód w czerwcu jeszcze nie było za wiele ale były najdroższe. I mama nieźle reperowala dziury w budżecie tym zbieraniem i sprzedawaniem jagód i grzybów.
A my nie znosiliśmy lasu i wszystkiego co było z nim związane.
Mama robiła też zapasy ze wszystkich darow lasu. Mieliśmy dżemy malinowe, jagodowe, z bórowki , z jeżyn. Nawet z jarzębiny. Mieliśmy zurawinę w wielkim kamiennym garnku. I mieliśmy grzyby. Mnóstwo suszonych, marynowanych, kiszonych i pasteryzowanych grzybów. A za zarobione pieniądze mama kupowala owoce ogrodowe i tez przetwarzała. A oprócz tego za zarobione pieniądze kupowala wegiekl na zimę i ubrania. To był porządny zastrzyk gotowki. Tym bardziej, że nie trwoniła pieniedzy na cele rozrywkowe.
A nas te wyjazdu nauczyły wczesnego wstawania , bo jeźdźiliśmy pociągiem o 6-tej rano. Wracaliśmy 0 22-iej a w najlepszym przypadku o 18-tej. I było często tak, ze jeźdźiliśmy co drugi dzień. Jak my zazdrościliśmy dzieciom bezrobotnych wakacji!!!
I jak kochaliśmy deszczowe dni gdy nie jechaliśmy do lasu. Chociaż zdarzaly się dni, gdy deszcz z rana nie padal, tylko w czasie dnia. No iwtedy też trzeba było zbierać jagody.
Dużo ludzi jeździlo wówczas na jagody. Jeździliśmy pociągiem. Czasem był taki tłok, ze nie było gdzie nogi postawić a co dopiero kosze pelne jagod i grzybów.
To nie do wiary ale normą było uzbieranie kosza 25 litrów - to na sprzedaż i malego wiaderka 5 lityrów  - to do domu. Oprócz tego zawsze były też grzyby. Najczęściej kurki. Ale tez latem trafialy się prawdziwki, osaki i koźlaki. A jesienia to juz dużo prawdziwków , kołpaki, podgrzybki, zielonki.
Mama zbierala nawet olszówki, ktore kilka razy obgotowywala i kisiła. Teraz olszowki uchozą za niejadalne. Ale my jedliśmy. Chociaż może to one wpłynęly na stan moich nerek ( mam całe zycie lekkie problemy).
Ale były pyszne ze śmietaną i cebulą jako przystawka. Podobnie też zielonki kiszone.
A teraz czasem wracam wspomnieniami i mam wielką ochotę pojechać do lasu. Ale mój ukochany mąż nie jeździł i nie polknął tego bakcyla. Więc do lasu jeździmy tylko do Arboretum. A grzyby i jagody tudzież maliny zbieram na rynku.

czwartek, 30 maja 2013

Boże Cialo.

Swięto to jest porównywane do Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy. Jest na tym samym poziomie ważności wśród świąt kościelnych.
A jednak jest inne.
Pamiętam nieliczne obchody tego święta w dzieciństwie. Nawet nie wiem dlaczego.
Ale pamiętam, ze główny ołtarz umieszczony był przy moście przy katedrze. Zawsze były tłumy wiernych i zawsze była piękna pogoda. I dzisiaj też jest piękna pogoda i bardzo ciepło.
Swięta za czasów mojej dorosłości i małżeństwa upływały na wizytach moich rodziców, którzy przychodzili do nas po procesji. Pierwsze lata spędzałam tylko w kuchni szykując obiad dla nich i dla teściów.
Po moim powrocie z Francji , przed Ratuszem   zaczęto ustawiać głowny ołtarz. I od tej pory mogłam w jakiś sposób uczestniczyć w procesjach.
Rodzice jak zwykle przychodzili , jedliśmy obiad. Potem kawusia i ciasta. I tak spędzaliśmy to święto.
W 1996 roku ostatni raz na obiedzie był mój ojczym. I  wówczas patrząc na niego siedzącego przy stole zauważyłam  , że jest bardzo chory. Moja mama nie widziała tego? Upierala się aby po obiedzie poszedł jeszcze z nią na cmentarz. Aż musialam na nią fuknąć, że mogłaby sobie darować .
Za dwa miesiące pochowaliśmy ojczyma.
I w to Święto Bożego Ciała widziałam ostatni raz ojczyma chodzącego, bo kilka dni po trafił do szpitala. Był to jego pierwszy w życiu pobyt w szpitalu. Przezywał to mocno. Cały czas leżął odwrócony przodem do ściany. Cierpiał bardzo. I gdy dowiedziałam się, ze ma raka i to juz ostatnie tygodnie jego życia, to zdecydowałam o jego powrocie do domu.
I tak leżął w domu i na nic się nie skarżył. Mial tylko jeden jedyny raz prośbę do mnie. Poprosił o twarożek ze śmietaną.
A potem codziennie nikł i nikł. I umarł bez słowa skargi i użalania się na ból i na zycie, które się kończyło.
Był bardzo dobrym człowiekiem.  

sobota, 25 maja 2013

" ...Nie jestem zmęczona"

Ostatnio spodobał mi się bardzo taki dowcip:

Kolega pyta kolegę: Dokąd wybierasz się na urlop? Zapytany odpowiada: Wiesz, przeliczyłem swój budżet i doszedlem do wniosku, że nie jestem zmęczony!!!

A więc ja też przeliczyłam swój budżet i też nie jestem zmęczona!!!
Prawda jak to inaczej brzmi i wygląda?

Przez całe swoje życie byłam cztery  razy na wczasach . Z tego trzy bedąc mężatką i "dzieciatką".
I jeszcze do tego w okresie gdy zakłady pracy dofinansowywały wypoczynek pracowników z funduszu socjalnego.

Teraz będąc emerytką otrzymuję na swój wniosek dofinansowanie z tegoż  funduszu na zorganizowanie wypoczynku we własnym zakresie.
Starcza na paliwo i nal ody. Ale to też już jest coś, bo bez tego zastrzyku gotówki nie byłoby mowy o wyjeździe na wypoczynek.
Za każdym razem po powrocie obiecuję sobie, że będę odkładać przez rok jakąś kwotę aby mieć w następnym roku środki na wakacje. I kończy się na obiecankach. Nie mogę zrozumieć dlaczego nie jestem w stanie tego dokonać.
Przecież teoretycznie to jest łatwe. A w praktyce jest to rzecz niemożliwa.
Zawsze ale to zawsze wyskakują jakieś dziwne nagłe potrzeby.
Ale i tak dobrze, że od trzech lat możemy pojechać do drugich dziadków " do sanatorium". Mieszkają w rejonie uzdrowiskowym. A w tym roku jeszcze oddano w pobliskiej miejscowości basen z solankami.
Tak więc mam nadzieję, że skorzystam z tego dobrodziejstwa.

Jedziemy na początku lipca i mamy zamiar pobyć tam dwa tygodnie.
I niech nic mi nie posuje szyków. Mam zamiar naprawdę odpocząć. Oczywiście na zmianę z drugą babcią będę odpoczywać w kuchni.
Już odliczam dni do wyjazdu.

środa, 1 maja 2013

Ćwierć wieku temu...


... zostawiłam swoje dzieci pod opieką teściów i dojeżdżającego zakochanego w innej kobiecie męża i wyruszyłam do Paryża za pieniędzmi na mieszkanie. 
Wszystko wydawało się takie proste. Wyjazd na zaproszenie ( tak wówczas wyjeżdżało się na zachód) , które przyslłła mi znajoma brata.

Paryż przywitał mnie w nastroju świątecznym. Roześmiany i kolorowy. I tak różny od Olsztyna w roku 1988.
Niedaleko dworca St. Lazare znajdował się sklep obuwniczy sieci Andre. I wystawa tego sklepu rzuciła mi się najpierw w oczy. A ściślej buciki dla dzieci. Och jak ja chciałam kupić te buciki dla moich dzieci. Miałam nadzieję, ze to nastąpi za miesiąc gdy znajdę pracę i otrzymam pierwszą wypłatę we frankach. Pracę znalazłam po dwóch tygodniach przesiadywania w misji w polskim kościele. Ale moją pierwsza wypłatę ciut ponad 800 fr zgarnął brat , bo policzył ile ja go kosztowałam mieszkając  u niego przez 2 tygodni. I to było bodźcem aby szukać pracy z zamieszkaniem. i uniezależnić się od "kochanego" brata. Maj był miesiącem wylewanych łez i poleceń abym wracała do Polski skoro ciągle ryczę. To była taka pomoc mojego brata. 
Ale poradziłam sobie sama!!! Była to długa droga . Nie te zamierzone 3 miesiące, na które planowałam przyjechać. 

Pierwsze pieniądze odłożyłam w grudniu za pracę za listopad. A planowane 3000- $ ( tyle ile w momencie wyjazdu kosztowało małe dwupokojowe mieszkanie) przywiozłam do kraju w sierpniu roku następnego. 

Mieszkania nie kupiłam, bo w roku 1989 zmieniły się relacje złotego do dolara. I nawet marzyc o zakupie nie marzyłam. Mieszkanie takie kosztowało 9.000 $

Ale jeszcze jedno o maju. Wiadomo był Dzień Matki. I ja spędziłam ten dzień w Bazylice Sacre Ceure przed ołtarzem Matki Boskiej.

I tak jak w literaturze pisze wielu twórców, ja czułam swoje łzy "jak grochy" spływające po moich policzkach. 

Płakałam za dziećmi codziennie. Nie mogłam patrzeć na dzieci z matkami i z ojcami ani na ulicy ani w metrze. Po prostu ryczałam. I teraz też ryczę. 

Nikomu, nikomu nie życzę rozłaki z dziećmi!!! 

środa, 20 marca 2013

Wiosenne przesilenie? Jakie wiosenne?

Dzisiaj jest 20 marca .

I dzisiaj w południe zaczyna się astronomiczna wiosna. A jutro ma być kalendarzowa.
No i na razie tych wiosen będzie tylko tyle, bo pogoda typowo grudniowa. Śniegu mnóstwo, mróz i wiatr.
Za 10 dni święta wielkanocne . Takich świąt to ja nie pamiętam, bo jeszcze nie było.
Ostatnimi laty na drugi dzień świąt wyjeżdżaliśmy na "łono natury"za Szwaderki. Braliśmy jedzonko, jajka do zabawy, dzieci oczywiście też braliśmy, koce i gary pełne przysmaków.
A w tym roku co? Pozostanie siedzenie przy stole lub na kanapie i wspominanie.
I jakoś przypomniała mi się teraz Wielkanoc w roku 1989 w Paryżu. A ściślej gdzieś między Wersalem a Paryżem.
Przyjechała do nas mama. I brat ze swoją dziewczyna zabrał nas na wycieczkę. Właśnie za Paryż do Wersalu. Obejrzeliśmy sobie Wersal z zewnątrz i potem było śniadanie na trawie. Skromne, nawet bardzo skromne. Ale właśnie to śniadanie teraz mi się przypomniało.
A jak zapamiętam tegoroczne zimowe śniadanie, to się okaże.
W tym roku Alusia nie będzie u mnie malować jajek. Będą malować razem z Majką u nich w mieszkaniu. W tym roku "święconkę" przygotowuje Ola i razem z dziewczynkami idzie ją poświęcić do Kościoła. W tym roku Ola z rodzinką przychodzi do nas na śniadanie i przynosi 'święconkę". W tym roku Michał przyjedzie sam.

środa, 27 lutego 2013

Lalki, lalunie i laleczki.

Moja córcia przy przeprowadzce zrobiła remanent w zabawkach. A ponieważ ma dwie dziewczynki, więc lalki przeważały wśród zabawek.
I nasunęły mi się wspomnienia lalkowe.
Pierwszą lalką którą pamiętam była taka szmacianka uwieszona na oknie w czyimś domu.
Byłam wówczas bardzo malutka i aby sięgnąć do tej lalki stanęłam na brzuszku braciszka, który leżał na łóżku pod oknem. Do lalki nie sięgnęłam ale brat narobił swoim płaczem takiego alarmu, że wszyscy obecni się zlecieli. I oczywiście tego dnia pierwszy raz stałam się niedobrą siostrą.
Potem nie pamiętam abym miała lalki. . Pierwszą dostałam na jedyny obchodzony w naszym domu Dzień Dziecka. Miałam chyba 10 lat.
Ale wcześniej radziłam sobie rysując lalki na kartce z bloku rysunkowego i wycinając je. Były takie jak chciałam. I do nich dorysowywałam mnóstwo ubranek i je tez wycinałam. Bardzo lubiłam to robić i wymyślać różne kreacje.
Lalką ,której posiadanie przez koleżankę z bloku bardzo zazdrościłam , była taka tradycyjna lalka w ubraniu krakowianki. Lalka ta przecudnie ubrana siedziała na poduszce na łożu matki tejże mojej koleżanki.
Potem marzyłam o lalce , która chodzi. Ale było to niezrealizowane marzenie.
Gdy urodziłam córcię nie żałowałam jej lalek Miała różne. Małe i duże. Blondynki , rude i brunetki. Bobaski i lalki przedszkolaki. Ale najbardziej pamiętam lalkę Murzynkę i lalkę wielkości mojej córci. Taką szmacianą, która nigdzie się nie mieściła ( była taka duża) i wisiała na kołku na ścianie.
A potem córcia urodziła dwie śliczne laleczki .
I im też nie szczędziłam lalek. Alusia ma ich kilkanaście. Nieodstępną w okresie 1 roku do lat 4 była "niunia dziecko" tak nazwana przez Alusię. Ta lalka była Oli czyli mojej córki, potem oddałyśmy ją wnuczce siostry mojego męża. A ona oddała Alusi. Czas odcisnął na tej lalce swoje piętno ale była to najwierniejsza z lalek.
Ile ona z nami podróżowała. Zawsze miałyśmy ją ubraną pod pachą. I w jednej ręce trzymałam Alusię a w drugiej Niunię Dziecko.
Teraz od trzech  lat Alusia jest na etapie Barbie. I niech nikt nie próbuje wyperswadować małym dziewczynkom tych lalek. Każda musi przejść przez okres Barbie i Kena.
Dwa lata temu kupiłam w Brugii  lalkę taką na wzór lalek z XIX wieku. Alusia bawiła się nią tylko w czasie podróży. A potem straciła zainteresowanie tą lalką. Nie mogłam tego zrozumieć. Lalka była taka piękna .
I całkiem niedawno Ala zainteresowała się tą lalką. I lalka, która stała na półce u mnie w sypialni przeszła w ręce Alusi.
A Majka...bawi się lalkami ale woli pociągami, samochodzikami, samolotami i klockami.
Chociaż czasem Alusi uda się namówić Majkę na wspólne zabawy lalkami.

sobota, 23 lutego 2013

Tu i teraz.


Tak sobie dzisiaj stałam przy garnkach w kuchni i pichciłam. 

I jak zawsze w takich sytuacjach naszły mnie bardzo filozoficzne myśli. 

Jestem na etapie"slow live". To co mialam osiągnąć to już chyba osiągnęłam. To co miałam zarobić i wydać, to zarobiłam i wydałam. Pewnie już nie zostanę bizneswoman, na wycieczki dookoła świata wybiorę się siedząc na kanapie przed TV i Discovery, a o balach poczytam na"Plotku".

I właściwie to jestem zadowolona. Bo nie muszę się spieszyć, martwić się o interesy i o to co ludzie o mnie mówią i powiedzą. 

I Tak jest mi dobrze być kobietą "przy mężu". A właściwie to mój mąż jest
przy żonie" , bo to ja mam większą emeryturę.

Uczymy się teraz żyć razem . Oj, nie jest to łatwe po tylu latach pracy i różnych nieobecnościach w domu. Po latach mijania się i życia w ciągłym pośpiechu.

Ale mamy tyle jeszcze lat przed sobą i tego też się nauczymy